W pierwszej części pokazaliśmy, że pozwolenie na kolejny wieloletni zrzut solanki do Zatoki Puckiej już istnieje.
Dzisiaj odkładamy na chwilę chemię, kawerny i metry sześcienne.
Bierzemy na warsztat coś znacznie bardziej swojskiego:
nasze samorządy.
Bo skoro sprawa dotyczy Zatoki Puckiej, naturalne wydaje się pytanie:
kto stanął w jej obronie, kto próbował wejść do postępowania i co zrobiły poszczególne samorządy, kiedy pierwsze pisma nie wystarczyły?
I tutaj robi się ciekawie.
Bo nie jest prawdą, że wszyscy siedzieli z założonymi rękami.
Ale też nie każdy poszedł równie daleko.
Najpierw trzeba było w ogóle dostać się do stołu
W postępowaniu administracyjnym nie wystarczy powiedzieć:
„hej, ta sprawa też mnie dotyczy”.
Trzeba zostać formalnie uznanym za stronę postępowania.
Dopiero wtedy można skutecznie uczestniczyć w procedurze, składać określone wnioski, zapoznawać się z materiałem i korzystać z przewidzianych praw.
Trochę jak z zebraniem wspólnoty mieszkaniowej.
Możesz stać pod drzwiami i bardzo głośno mówić, że sprawa dotyczy również Ciebie.
Ale dopóki formalnie nie wpuszczą Cię do środka, Twoje możliwości są znacznie mniejsze.
I właśnie o takie „wpuszczenie do środka” zabiegały samorządy.
Samorządowcy próbowali wejść do postępowania
11 lutego 2026 roku podczas posiedzenia sejmowej Komisji Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wójt Kosakowa Eunika Niemc mówiła, że wójtowie i burmistrzowie powiatu puckiego wspólnie występowali o uznanie swoich samorządów za strony postępowania dotyczącego pozwolenia na zrzut solanki.
Według jej publicznej wypowiedzi samorządy działały w tej sprawie wspólnie, poczynając od Starosty Puckiego.
Samo posiedzenie Komisji rzeczywiście było w całości poświęcone stanowi Zatoki Gdańskiej i Puckiej ze szczególnym uwzględnieniem planowanego zrzutu solanki. Wśród uczestników była wójt Kosakowa. (Sejm)
Czyli początek wyglądał całkiem dobrze.
Problem pojawił się wtedy, gdy Wody Polskie powiedziały:
nie.
I właśnie tutaj zaczynają się różnice między poszczególnymi gminami.
Zapis z posiedzenia Komisji Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej z 11.02.2026 r.
Nagranie z posiedzenia Komisji Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej z 11.02.2026 r.
Kosakowo dostało odmowę. I nie zakończyło na tym sprawy
Kosakowo jest w tej historii w szczególnej sytuacji.
To na jego terenie znajdują się kawerny.
Przez gminę przebiega infrastruktura związana z transportem solanki.
A sam zrzut odbywa się w obszarze administracyjnym określanym w dokumentach jako „Kosakowo Zatoka”.
Można więc powiedzieć, że jeśli komuś szczególnie trudno było uznać, że sprawa go nie dotyczy, to właśnie Kosakowu.
Wójt Eunika Niemc poinformowała podczas posiedzenia sejmowej komisji, że gmina występowała o uznanie jej za stronę postępowania 22 października oraz 20 listopada 2025 roku.
Bez powodzenia.
Co wtedy?
Kosakowo nie odłożyło pisma do segregatora z napisem „załatwione”.
Według informacji przedstawionych podczas posiedzenia komisji sprawa odmowy dopuszczenia gminy do postępowania została skierowana również do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego.
To jednak ważne rozróżnienie: ta droga sądowa dotyczyła odmowy uznania Gminy Kosakowo za stronę postępowania. Późniejszy spór dotyczący samego pozwolenia oraz odwołania Rady Gminy Kosakowo to już kolejny, odrębny etap tej historii.
14 stycznia 2026 roku odbyła się też nadzwyczajna sesja Rady Gminy Kosakowo, podczas której radni zajęli oficjalne stanowisko w sprawie zrzutu solanki.
Czyli już na tym etapie mieliśmy:
wnioski o udział w postępowaniu,
odmowę,
nadzwyczajną sesję,
formalny sprzeciw,
i próbę dalszej walki prawnej.
Ale później wydarzyło się coś, co dobrze pokazuje, jak bardzo w takich sprawach liczy się nie tylko czy się walczy, ale również jak prowadzi się procedurę.
Jedno odwołanie potknęło się o formalność
Od decyzji z 5 stycznia 2026 roku wniesiono odwołania.
W decyzji Dyrektora Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej w Gdańsku z 24 kwietnia wymieniono między innymi:
Radę Gminy Kosakowo,
Stowarzyszenie Ekologiczno-Kulturowe Nasza Ziemia,
oraz Fundację Strefa Zieleni.
Tyle że odwołanie dotyczące Rady Gminy Kosakowo nie zostało rozpoznane merytorycznie.
Powód?
Formalny.
Do odwołania złożonego w imieniu Rady Gminy Kosakowo dołączono pełnomocnictwo do działania w imieniu Gminy Kosakowo.
Dla przeciętnego mieszkańca różnica może wyglądać jak administracyjne czepianie się jednego słowa.
Ale w prawie Gmina Kosakowo i Rada Gminy Kosakowo nie są po prostu dwiema nazwami tego samego podmiotu.
Organ wezwał więc do uzupełnienia braku pełnomocnictwa.
Brak nie został uzupełniony.
W konsekwencji 10 kwietnia 2026 roku stwierdzono niedopuszczalność odwołania.
Czyli organ w ogóle nie przeszedł w tym przypadku do odpowiedzi na pytanie:
czy argumenty Rady Gminy Kosakowo przeciwko pozwoleniu były słuszne?
Sprawa zatrzymała się wcześniej.
Na formalnościach.
Trochę jak w wyścigu: bolid jest gotowy, kierowca chce ruszać, ale samochód zostaje w pit lane, bo w dokumentach zgłoszeniowych nie zgadza się nazwa zespołu.
Przy sprawie tej skali trudno przejść nad takim błędem obojętnie.
Ale równie nieuczciwe byłoby napisanie, że na tym Kosakowo się poddało.
Bo się nie poddało.



Kosakowo wróciło na tor
1 czerwca 2026 roku Rada Gminy Kosakowo zajęła się sprawą ponownie.
I tutaj robi się naprawdę interesująco.
Rada przyjęła uchwałę, w której negatywnie odniosła się zarówno do:
decyzji z 24 kwietnia utrzymującej pozwolenie wodnoprawne w mocy,
jak i do:
postanowienia z 10 kwietnia stwierdzającego niedopuszczalność odwołania Rady Gminy Kosakowo.
Ale tym razem nie skończyło się na samym „jesteśmy przeciw”.
Rada zwróciła się do swojego przewodniczącego o złożenie skarg do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gdańsku.
Przewidziano również umocowanie pełnomocnika do reprezentowania Rady w dalszym postępowaniu, w tym — jeśli byłoby to potrzebne — przy ewentualnej skardze kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego.
Czyli po formalnym potknięciu Kosakowo nie powiedziało:
„no trudno”.
Spróbowało naprawić sytuację i ruszyć dalej drogą sądową.
I to jest ważne również z punktu widzenia całego naszego porównania.
Bo właśnie tego szukamy przy każdej gminie:
nie tylko pierwszego pisma, ale kolejnego ruchu.
Kosakowo taki kolejny ruch wykonało.
Można dyskutować, czy wcześniejszego błędu formalnego dało się uniknąć.
Można pytać, dlaczego brak pełnomocnictwa nie został uzupełniony na wezwanie.
Ale nie można uczciwie powiedzieć, że po tej wpadce temat został przez gminę porzucony.
Dokumenty pokazują coś przeciwnego.

I właśnie tutaj widać różnicę
Kosakowo nie doprowadziło na tym etapie do uchylenia pozwolenia.
Nie wiemy jeszcze, jaki będzie ostateczny rezultat drogi sądowej.
Nie ma więc podstaw, żeby wręczać komukolwiek medal.
Ale patrząc wyłącznie na udokumentowane działania, widzimy wyraźny ciąg:
wnioski o status strony → odmowy → próba zaskarżenia odmowy → oficjalny sprzeciw → odwołanie od pozwolenia → problem formalny → kolejna uchwała → decyzja o zaskarżeniu kolejnych orzeczeń do WSA.
I właśnie tak rozumiemy w tym artykule słowo „działanie”.
Nie jako jedno zdjęcie z pismem.
Nie jako jeden post w mediach społecznościowych.
Tylko jako pytanie:
co zrobiono później, kiedy pierwsza próba nie zadziałała?
Gmina Puck powiedziała oficjalne „nie”
Dzień po nadzwyczajnej sesji w Kosakowie, 15 stycznia, odbyła się nadzwyczajna sesja Rady Gminy Puck.
Rada przyjęła stanowisko sprzeciwiające się decyzji dotyczącej wprowadzania do Zatoki Puckiej ścieków przemysłowych – solanki.
To nie był komentarz na Facebooku.
Nie był to też luźny apel jednego radnego.
To było formalne stanowisko Rady Gminy.
Tyle że później pojawia się kolejna ważna różnica.
W decyzji odwoławczej z 24 kwietnia Gmina Puck ani jej Rada nie figurują wśród podmiotów odwołujących się od pozwolenia.
I tutaj warto oddzielić dwie rzeczy.
Jedno to powiedzieć:
„sprzeciwiamy się”.
Drugie:
„wykorzystujemy dostępne środki prawne i idziemy dalej”.
To nie zawsze jest to samo.

A Jastarnia i Hel? Tutaj robi się jeszcze ciekawiej
Skoro mówimy o Zatoce Puckiej, nie możemy zatrzymać się na Kosakowie, Gminie Puck i Władysławowie.
Po drugiej stronie akwenu mamy przecież Jastarnię i Hel.
Jastarnia obejmuje również Kuźnicę i Juratę, a więc znaczną część Półwyspu Helskiego. Oficjalny BIP potwierdza, że gminą kieruje obecnie burmistrz Bartosz Selin. (bip.jastarnia.pl)
Helem kieruje burmistrz Mirosław Wądołowski. (bip.hel.eu)
Co ciekawe, nie są to samorządy funkcjonujące gdzieś obok reszty powiatu. Jastarnia i Hel normalnie uczestniczą we wspólnych działaniach samorządów Ziemi Puckiej. Na oficjalnie opisanym spotkaniu samorządów powiatu z parlamentarzystami znajdowali się zarówno Bartosz Selin i jego zastępca Jacek Świdziński, jak i Mirosław Wądołowski — obok władz Władysławowa, Kosakowa, Pucka i powiatu. (Starostwo Powiatowe w Pucku)
Dlatego wypowiedź wójt Kosakowa o wspólnym występowaniu wójtów i burmistrzów powiatu puckiego jest również w przypadku Jastarni i Helu istotna.
Ale dalej pojawia się dokładnie ten sam problem, który widzimy przy Władysławowie.
Przeszukaliśmy publicznie dostępne materiały obu gmin, ich BIP-y, informacje o sesjach, wystąpienia burmistrzów oraz materiały dotyczące samego postępowania.
Nie znaleźliśmy publicznie dostępnego dokumentu pokazującego, żeby Gmina Jastarnia albo Miasto Hel po wspólnej próbie samorządów uzyskania statusu strony lub po wydaniu pozwolenia 5 stycznia podjęły dalszą drogę odwoławczą podobną do Kosakowa.
Co więcej, Jastarnia ani Hel nie występują w decyzji organu II instancji z 24 kwietnia wśród podmiotów odwołujących się od pozwolenia.
Nie znaleźliśmy również odpowiednika nadzwyczajnego stanowiska Rady Gminy Puck z 15 stycznia ani analogicznej do Kosakowa dalszej drogi prawnej.
I tutaj bardzo mocno podkreślamy:
to nie jest dowód, że Jastarnia i Hel „nic nie zrobiły”.
To jest informacja, że w publicznie dostępnych materiałach, które udało nam się odnaleźć, nie potrafimy wskazać, co wydarzyło się po wspólnej próbie wejścia samorządów do postępowania.
A to rodzi podobne pytania o dalszy ciąg działań.
Do burmistrza Jastarni Bartosza Selina:
Czy Gmina Jastarnia wystąpiła o uznanie jej za stronę postępowania?
Kiedy dokładnie?
Jaką otrzymała odpowiedź?
Czy odmowę zaskarżono?
Czy po wydaniu pozwolenia 5 stycznia podjęto inne działania prawne lub administracyjne?
I identyczne pytania kierujemy do burmistrza Helu Mirosława Wądołowskiego.
Bo Zatoka nie kończy się przecież na granicy Władysławowa.

No dobrze. A Władysławowo?
I tutaj sytuacja okazuje się bardziej złożona, niż początkowo mogłoby się wydawać.
Bo Władysławowo nie ograniczyło się do samej deklaracji, że temat jest ważny.
Mamy konkretne dokumenty.
24 października 2025 roku burmistrz Władysławowa Roman Kużel skierował do Wód Polskich wniosek o uznanie Gminy Władysławowo za stronę postępowania.
W piśmie argumentował, że planowany zrzut może oddziaływać również poza administracyjnymi granicami Kosakowa.
Pada tam bardzo istotny argument:
Zatoka jest jednym akwenem, a potencjalne zmiany w jej wodach nie muszą zatrzymywać się na granicy gminy.
Władysławowo wskazywało przy tym nie tylko kwestie środowiskowe, ale również możliwy wpływ na turystykę, rybołówstwo, rekreację i interes mieszkańców.
Co więcej, gmina powołała się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gdańsku z 13 marca 2024 roku, argumentując, że krąg stron postępowania wodnoprawnego powinien obejmować podmioty znajdujące się w rzeczywistym zasięgu oddziaływania inwestycji.
Czyli nie było to pismo napisane na zasadzie:
„prosimy nas też uwzględnić”.
Była próba przedstawienia konkretnej podstawy prawnej.



Ale to nie wszystko.
Władysławowo próbowało też wpłynąć na warunki przyszłego pozwolenia
27 listopada 2025 roku burmistrz skierował do Wód Polskich kolejne pismo.
Tym razem nie chodziło już o samo wejście do postępowania.
Władysławowo zwróciło się o uwzględnienie w planowanej decyzji dodatkowych zabezpieczeń.
I tutaj pojawiają się rzeczy bardzo konkretne.
Burmistrz postulował:
stałe badania jakości wód Zatoki Puckiej i bieżące publikowanie wyników,
ciągły monitoring online takich parametrów jak temperatura, pH, zasolenie czy nasycenie tlenem,
utworzenie corocznego funduszu pozwalającego organizacjom pozarządowym prowadzić badania niezależne od właściciela instalacji,
oraz zobowiązanie operatora do stałej edukacji i informowania mieszkańców o prowadzonym przedsięwzięciu.
To są postulaty, które warto odnotować.
Co ciekawe, samo pismo pokazuje też, że stanowisko Władysławowa nie było prostym:
„nie dla zrzutu”.
Burmistrz pisał, że dostępne badania wykonywane przez różne instytucje „zdają się dowodzić”, iż wpływ dotychczasowej działalności ORLEN na ekosystem Zatoki jest marginalny.
Jednocześnie zaznaczał, że chce mieć pewność, iż Zatoka jest bezpieczna, i dlatego domagał się dodatkowych zabezpieczeń.
Czyli podejście Władysławowa można raczej streścić:
jeżeli zrzut ma się odbywać — chcemy silniejszych zabezpieczeń, większej kontroli i jawności danych.



I dopiero tutaj pojawia się nasze właściwe pytanie
Bo wszystkie powyższe działania miały miejsce przed wydaniem pozwolenia wodnoprawnego 5 stycznia 2026 roku.
Władysławowo próbowało wejść do postępowania.
Przedstawiało argumentację prawną.
Domagało się dodatkowych zabezpieczeń.
Brało udział we wspólnych działaniach samorządów Ziemi Puckiej.
To wszystko należy uczciwie odnotować.
Ale potem mamy 5 stycznia.
Pozwolenie zostaje wydane.
I właśnie od tego momentu ponownie zaczynają się pytania.
W decyzji odwoławczej z 24 kwietnia nie znajdujemy Gminy Władysławowo ani Rady Miejskiej Władysławowa wśród podmiotów odwołujących się od pozwolenia.
Dlatego chcielibyśmy wiedzieć:
Jaką odpowiedź otrzymała Gmina Władysławowo na wniosek z 24 października o uznanie jej za stronę?
Kiedy odpowiedź została doręczona?
Czy odmowę zaskarżono?
Czy po wydaniu pozwolenia 5 stycznia gmina złożyła odwołanie albo podjęła inną drogę prawną?
Jeżeli nie — dlaczego?
Bo dokumenty pokazują, że przed wydaniem decyzji Władysławowo było aktywne.
Pytanie brzmi więc już nie:
„czy Władysławowo coś zrobiło?”
Bo odpowiedź brzmi:
tak.
Znacznie ciekawsze jest pytanie:
co Władysławowo zrobiło wtedy, gdy mimo tych pism pozwolenie zostało wydane?
Czy było spotkanie samorządowców u Starosty?
Wokół sprawy pojawia się jeszcze jeden wątek.
Z dostępnych publicznie wypowiedzi wiadomo, że temat był omawiany pomiędzy przedstawicielami samorządów powiatu puckiego.
Sam fakt, że włodarze wszystkich tych gmin spotykają się w ramach wspólnych spotkań samorządów Ziemi Puckiej, nie budzi wątpliwości — Starostwo publikuje również listy uczestników takich spotkań. W jednym z nich uczestniczyli jednocześnie przedstawiciele Władysławowa, Kosakowa, miasta i gminy Puck, Jastarni, Helu i Krokowej. (Starostwo Powiatowe w Pucku)
Nie udało nam się jednak znaleźć publicznie dostępnego protokołu ani notatki ze spotkania poświęconego właśnie sprawie solanki, które pozwalałyby ustalić dokładny przebieg rozmów, stanowiska poszczególnych samorządów i poczynione ustalenia.
A skoro sprawa dotyczy całej Zatoki, to dobrze byłoby wiedzieć:
kto był na spotkaniu?
Co powiedział?
Jakie stanowisko zajęły poszczególne gminy?
Czy ustalono wspólne dalsze działania?
Czy sporządzono notatkę albo protokół?
I przede wszystkim:
co wydarzyło się później?
Nie trzeba tutaj dorabiać teorii spiskowych.
Nie trzeba nawet nikogo podejrzewać o złe intencje.
Wystarczy opublikować dokument.
Jeśli istnieje.

Bo protest protestowi nierówny
W lokalnej polityce bardzo łatwo zrobić zdjęcie z pismem.
Jeszcze łatwiej wrzucić post:
„stanowczo sprzeciwiamy się”.
I absolutnie nie twierdzimy, że takie działania są bez znaczenia.
Są potrzebne.
Ale w sprawie, która może ciągnąć się przez kolejne 10 lat, warto patrzeć nie tylko na pierwszy ruch.
Prawdziwe pytanie brzmi:
co wydarzyło się po pierwszej odmowie?
Czy składano kolejne środki?
Czy korzystano z prawników?
Czy kierowano sprawę do sądu — tak jak zrobiło to Kosakowo?
Czy próbowano uzyskać dokumentację?
Czy naciskano na zmianę warunków?
Czy sprawa była dalej publicznie podnoszona?
Bo pismo z protestem może być początkiem walki.
Ale może być też jej końcem.
I różnica między jednym a drugim jest dla mieszkańców dosyć istotna.
Co więc faktycznie możemy dziś powiedzieć?
Po przejrzeniu materiałów obraz wygląda mniej więcej tak:
Kosakowo — dwukrotna próba uzyskania statusu strony, nadzwyczajna sesja i oficjalny sprzeciw, odwołanie zakończone problemem formalnym, a następnie kolejna uchwała i decyzja o skierowaniu sprawy do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Spośród analizowanych samorządów to tutaj znajdujemy najbardziej rozbudowany, udokumentowany ciąg dalszych działań prawnych.
Gmina Puck — publiczny i formalny sprzeciw Rady Gminy, ale brak Gminy i Rady wśród odwołujących się od pozwolenia z 5 stycznia.
Władysławowo — 24 października wystąpiło o uznanie gminy za stronę postępowania, przedstawiając również argumentację prawną. 27 listopada domagało się dodatkowych zabezpieczeń, stałych badań, monitoringu online, jawności wyników i możliwości prowadzenia niezależnych badań. Dokumenty pokazują więc aktywność przed wydaniem pozwolenia. Po decyzji z 5 stycznia nie znajdujemy jednak Gminy Władysławowo ani Rady Miejskiej wśród podmiotów odwołujących się od pozwolenia i na dziś nie odnaleźliśmy publicznego dokumentu pokazującego dalszą drogę prawną.
Jastarnia — analogicznie: wspólna deklarowana próba samorządów, ale nie znaleźliśmy publicznego śladu późniejszego odwołania ani analogicznego do Pucka formalnego stanowiska Rady.
Hel — sytuacja wygląda podobnie: nie znajdujemy miasta wśród podmiotów odwołujących się od pozwolenia i nie odnaleźliśmy publicznego dokumentu pokazującego późniejszy krok prawny.
I właśnie dlatego na naszej grafice przy dwóch ostatnich gminach nie napisaliśmy:
„nic nie zrobili”.
Postawiliśmy:
znaki zapytania.
Bo odpowiedzi powinny dać same samorządy.
Nie chodzi o konkurs „kto bardziej kocha Zatokę”
Nie chcemy robić rankingu patriotyzmu lokalnego.
Kosakowo ma inną sytuację prawną niż Władysławowo.
Puck inną.
Jastarnia i Hel również.
Powiat jeszcze inną.
Nie każdy samorząd miał dokładnie te same możliwości.
Ale mieszkańcy mają prawo wiedzieć, jakie możliwości miała ich gmina i które z nich wykorzystała.
Zwłaszcza że administracyjne granice na mapie mają jedną ciekawą cechę:
woda ich nie widzi.
Jeżeli coś dzieje się w Zatoce przy Kosakowie, nie oznacza to, że zatrzyma się grzecznie przed niewidzialną kreską prowadzącą w stronę Pucka, Władysławowa, Jastarni czy Helu.
Dlatego ochrona tego akwenu nie powinna kończyć się na zdaniu:
„to nie nasza działka”.
Na dziś zostajemy więc z jednym pytaniem
Nie:
czy samorządy napisały pisma?
Bo część napisała.
Nie:
czy ktoś publicznie zaprotestował?
Bo protesty były.
Tylko:
co zrobiły nasze władze wtedy, kiedy pierwsze pismo nie wystarczyło?
I tym razem pytanie kierujemy już nie tylko do Władysławowa.
Chcielibyśmy poznać konkretne odpowiedzi Władysławowa, Jastarni i Helu, a także dowiedzieć się, czy po formalnym sprzeciwie dalsze kroki podejmowała Gmina Puck.
Bez politycznych przemówień.
Bez „monitorujemy sytuację”.
Bez zapewnień, że „temat jest nam znany”.
Po prostu:
co zrobiono, kiedy próby wejścia samorządów do postępowania nie przyniosły oczekiwanego efektu, a mimo zgłaszanych zastrzeżeń pozwolenie zostało wydane?
Bo przy inwestycji na 10 lat samo powiedzenie „jesteśmy przeciw” to trochę mało.
Pismo to dopiero start. Liczy się to, co zrobiono później.

Jutro część trzecia: cofniemy się aż do 2008 roku i sprawdzimy, co naukowcy mówili o zrzucie solanki zanim w ogóle rozpoczęto pierwsze ługowanie – i dlaczego kilkanaście lat później ten spór wciąż nie jest zamknięty.
